Ktoś go kiedyś zobaczył, namalował, podpisał i oprawił.
Nie zamierzamy robić tego jeszcze raz.
Szukamy obrazów, które wisiały nad kanapą, w gabinecie, u cioci albo przez trzydzieści lat w miejscu, którego już nie ma.
Wybieramy te, które chcemy zatrzymać. A potem dodajemy coś, czego autor nie przewidział.
Nie wiemy, czy by się zgodził. Mamy nadzieję, że przynajmniej chciałby porozmawiać.
Zostawiamy jego góry. Jeziora. Lasy. Kaczki. Jelenie. Chmury. Złotą ramę i podpis.
Pan Tapczan pojawia się później.
Dodajemy formę. Kolor. Obiekt, którego wcześniej tam nie było. Portal.
Nie zamalowujemy autora. Nie poprawiamy pejzażu. Nie udajemy, że obraz powstał dzisiaj.
Lubimy jego wiek, sygnaturę, niedoskonałości i całą historię, która wydarzyła się przed nami.
Nowe nie zawsze potrzebuje pustej kartki. Czasem wystarczy jedna rzecz, żeby dobrze znany widok zobaczyć jeszcze raz.
Autor zrobił większość.
Pan Tapczan odpowiada za ciąg dalszy.
